PL VE
Strona główna / Newsy / Tak się zaczęło 02/2004

Tak się zaczęło 02/2004

PIERWSZY DOTYK WENEZUELI LUTY 2004
Zmeczyc się, przetrzepać myśli i być jak najdalej. Nie mialam konkretnego planu, dokad chce jechac. Przejrzalam strony tramperskie i przypadkiem natrafilam na program wyjazdu do Wenezueli dokladnie w terminie kiedy mój szef przyzwolil na 3 tygodnie urlop po tym jak od ostatniego roku nie mialam ani jednego dnia wolnego pochlonieta calkowicie reorganizacja dzialu operacyjnego firmy. Celem wyprawy był najwyzszy wodospad swiata Salto Angel i trekking na Roraimę.Tuż przed wyjazdem nasunęły mi się wątpliwości czy to dobry pomysł jechać z ludźmi, których kompletnie nie znam, z drugiej strony nie chcialo mi się planowac wszystkiego samej.
W stolicy kraju Caracas spędziłam tylko jeden wieczór, gdzieś na obrzeżach. Odradzano nam wypad w miasto ze wzgledow bezpieczenstwa, więc posiedziałam na krawęzniku przed hotelem wdychając zapachy ulicy, przyglądając się papugom rozrabiajacym na drzewie, po czym grzecznie poszłam spać. Z rana grupą zawitaliśmy w pobliskim barze, gdzie dudniąca muzyka dawala efekt przebudzenia bez koniecznosci picia kawy.. Soczysta sałatka z owoców tropikalnych w menu mniam, mniam ale nie, nie... trzeba było spróbować coś lokalnego typu arepa, strzępy wołowiny i czarną fasolę. Raz wystarczy takie danie sniadaniowe. Zaladowali nas do czegos przypominającego buso-jeepa celem odstawienia na stację autobusową. Trochę pojeździliśmy po mieście, bo nasz kierowca mało się orientował gdzie jest, w ostatniej chwili zdążyliśmy na autobus do Ciudad Bolivar. Przed nami 8 godz jazdy.Nic specjalnego po drodze, autostrada, jakieś plantacje, domy z kartonów, aha! Przekroczyliśmy most na Orinoco. Autobus bardzo komfortowy, z toaleta, TV, siedzenia rozkladane do pozycji pollezacej z podnoznikami. Kierowca nie pozwolil odslaniac zaslon, chyba ze względu na nagrzewajace się od slonca szyby. Ale kto by sluchal kierowcy! W srodku autobusu panowala lodowka od ustawionej fabrycznie temperatury na max. Wenezuelczycy byli dobrze przygotowani na ta podroz. Zaopatrzyli się w koldry i puchowe kurtki. My ogrzewalismy się delektując whiskaczem przywiezionym z Polski. Nie wiedzialam wtedy jeszcze, że istnieje coś lepszego – rum Cacique! W Ciudad Bolivar przywitał nas Peter –Niemiec mieszkajacy w Wenezueli od lat i prowadzący posadę dla turystów. Jechaliśmy znowu buso-jeepem i gdzieś pomiędzy łąkami, wsiami nagle znalezliśmy się jak w oazie, milutkim miejscu z uroczymi rustykalnymi pokojami, basenem, kuchnia i jadalnią na zewnatrz w ogrodzie z hamakami, mini zoo, bilardem. Jedyny mankament to parawany do WC albo i to nie, zamiast drzwi. Bardzo to krepujace. Byłam padnięta, postanowiłam nie integrować się dalej z grupą i pójść spać. Co zreszta okazalo się dobrym pomyslem przed lotem awionetka nastepnego dnia.
CANAIMA

Towarzystwo z rana nie wygladalo świeżo i dziwnie tylko mi dopisywał apetyt przy śniadaniu. Przed nami lot 5 osobowa cesna do Canaimy. To dziewicza laguna, do ktorej wpadaja wodospady, wioska Indian Pemon odcięta od swiata dżungla i ogromna gora stolowa - Auyan tepuy. Z tej wlasnie gory splywa najwyzszy wodospad swiata Salto Angel o wys ok. 1000m. Jak najwięcej bagażu postanowiliśmy wysłać osobnym transportem do Santa Eleny pod granice z Brazylia, która jest baza wypadowa na Roraimę i Gran Sabanę.
Poczekalnia na lotnisku z malowidlem ściennym przedstawiającym wodospady, dziadek w kapeluszu wygladajacy jak z filmu o dzikim zachodzie, duchota, na płycie lotniska wielki wojskowy bombowiec. A na mnie czeka 5 osobowa cesna. Czy ja naprawdę chcę wsiąść do tej puszki na wlasne zyczenie? Wcisnęlam się na tylne siedzenie, kolana pod brodą i poddałam tej podróży całkowicie, bo i tak nie było wyjscia. Wymyślaliśmy różne sceny katastroficzne z naszym udziałem i wydawało nam się to takie śmieszne! Pod nami rozlewiska, koryta rzeczne, obłoczki jak malowane i wynurzające się nagle tepui porośnięte dżunglą. Powitanie na lotnisku przez naszego przewodnika. Większość rzeczy zostawiliśmy w hamakowni we wsi i wyruszylismy na podbój rzeki Carrao i Churun. Nie wiedziałam co mnie czeka, więc radośnie wsiadłam do kilkuosobowego drewnianego czułna napedzanego silnikiem motorowym. Czas upłynął nam bardzo emocjonująco: non stop zimny prysznic z frontu czułna, niski poziom wody w lutym (to pora sucha) powodował, że wyskakiwaliśmy z łodzi, żeby ją przepchnąć. Co jakiś czas znosiło nas do brzegu i uderzaliśmy w drzewa. Bardzo nam się ta zabawa spodobała.Zresztą na rwacej rzece nerwy w niczym nie pomogą, zwłaszcza, że i tak nie ma gdzie wysiąść, no chyba, że ktoś chce samotnie iść przez dżunglę.Po obu stronach rzeki nieme lasy tropikalne. zadnych odgłosów ptaków czy zwierzat, jedynie brzeczace owady na wzor dzwieku przypominajacego pilowanie drzewa. Za to od czasu do czasu widzielismy przefruwające kolibry. W tle cały czas towarzyszył nam majestat tepui. Po siedmiu godzinach siedzenia na drewnianej ławce w koncu dotarlismy do obozu. Mielismy szczescie, zwykle w lutym susza tak obniza poziom rzeki, ze nie jest możliwe dotarcie do Salto Angel, a i on sam malo jest imponujacy w sile wody. Oboz to zadaszona wiata nad brzegiem rzeki, z cudownym widokiem na Salto Angel naprzeciwko. Po zmroku wylaczono generator i wszyscy poszli spac z kurami. Pierwsza w zyciu moja noc w hamaku. Przypomniał mi się film ;Obcy”; wygladalismy wszyscy jak larwy zawiniete w kokon, jeden gwałtowny ruch i pozostałe hamaki podskakiwaly jak piłeczki. Do tego ktoś głośno chrapal. Dostałam ataku śmiechu i nie mogłam się uspokoić. Zeszłam więc nad rzeke, żeby się wysmiać do woli. Spoglądałam na rozgwiazdzone niebo lezac na kamieniach, gdy nagle coś po mnie przebieglo. A ja co? Dalej leżę sobie jak na trawniku przed domem w Polsce. Mało to rozsądne ale tak własnie zaczal na mnie działac pobyt w Wenezueli.
Bladym switem ruch w obozowisku nie pozwolil wyspac sie dluzej, rozpoczelo się szalenstwo fotografowania wodospadu. To była mgielka wody spadajacej w dol wylaniajacej się zza bialej chmury zawieszonej nad surowa skala Auyan tepuy. A pod nia poduszki konarow drzew. Przeprawilismy się lodzia na druga strone rzeki i rozpoczelismy wedrowke przez las. Uparcie wypatrywalam zwierzyny. Towarzystwo jednak tak glosno dyskutowalo, ze pewnie wszystkie istoty zywe uciekly jak najdalej od nas. Odlaczylam się od wleczacej grupy i wdrapalam po schodach skalnych w wyizolowane miejsce. Przystanelam, żeby zlapac oddech i nagle stanal mi przed oczami malenki koliber , zawiesil się w powietrzu nieruchomo i tak wpatrywalismy się w siebie przez chwile. Co Ci powiedzial? - Zapytal przewodnik stojacy kilka metrow za mna – Ty wiesz, ze kolibry to male duszki, które przynosza dobre wiesci? -Już się niecierpliwie na ta niespodzianke – odpowiedzialam.
Stroma sciezka z ogromnych glazow to najtrudniejszy odcinek do punktu widokowego na Salto Angel. Do tego duszno. Sam Salto Angel o tej porze roku ledwo tryskał woda, natomiast kanion naprzeciwko zapierał dech w moich niewielkich piersiach. Zeszlismy sciezka do stop wodospadu, gdzie pomiedzy skalami utworzylo się spore oczko wodne. Jakze przyjemnie było zanurzyc się w lodowatej wodzie. Podpelzalam po skalach pod wyprofilowana na wzor oparcia sciane skalne z silnym strumieniem wodnym spadajacego wodospadu. Doznanie jak chrzest przez matke nature, swiezy i pierwszy dotyk krystalicznie czystej wody. Po powrocie do obozu czekaly pieczone w ogniu samuru (czytaj sepy) – tak sobie zartowala nasza obsluga. Tego dnia znów przyjemność posadzenia zbolałego tyłka na kilkugodzinną przeprawe łodzią w drodze powrotnej do laguny Canaimy, tym razem z pradem a wiec szybciej. Łodzie ugrzęzły, musieliśmy wysiąść i dalej ok. 1 godz iść na piechotę przez sawanę. Wieczorem zawitalismy w lokalnym barze, gdzie polki zastawione były rumem Cacique, wspaniale smakuje z cola, dalsza część wieczoru jak za mglą. Dla sprostowania dodam, ze zabijalismy bakterie – żeby nikt nie posadzil mnie o naduzycie alkoholowe.
Rankiem wybralam się na plaze w lagunie Canaimy. To idylliczne miejsce. Palmy moriche rosna pojedynczo w lagunie na tle wpadajacych do niej wodospadow Salto Sapo i Sapito (Zaba i Zabka). Plaza piaszczysta i samotna. I nagle szczyt luksusu – bar przy plazy kryty strzechą i ogromny hotel. Rzucilismy się na ten bar, testujac wiekszosc z serwowanych tutejszych, tropikalnych drinkow, była godzina ok. 11:00 rano. A potem slinka na rybke i biale wino w tym hotelu, cudowny plan po kilku dniach jedzenia spaghetti i kurczakow z ryzem. A tu przykrość. Hotel okazal się nieczynny, moglismy sobie posiedziec przy pustym barze i popatrzec na rybe w menu.

SANTA ELENA DE UAIREN

Malo nam bylo Salto Angel, zatoczylismy siec koło cesną zanim polecimy pod granice z Brazylią. Niewiem czemu słyszałam muzyke z filmu Out of Africa, widok był absolutnie wspanialy, majestatyczny i zdajacy się mowic: - jestem tu zawsze a Ty tylko na chwile. Wlecielismy malenka muszka w kanion diabla. Wstazki rzek przecinaly dzungle, probujaca wspiac się na skaliste sciany tepuy. A plaskie szczyty tych gor wylanialy się dumnie z nad bialych oblokow. I ta bezkresna przestrzen. Prawdziwy swiat zaginiony, latwo można było wyobrazic sobie dinozaury. Za dlugo nie moglam doceniac tego co widza moje oczy, ponieważ przez turbulencje mój błędnik zwariował. Blada, z czapka wcisnieta na glowe jak zul, w butach trekkingowych i krotkich spodenkach wytoczylam się z tej puszki. Coz, nie wygladalam bardzo ponetnie na to co za chwile mnie spotkalo. Wpadlam prosto w objecia szczuplego o sportowej sylwetce i pieknej twarzy latynosa. Przypomniala mi się opowiesc mojego gadatliwego sasiada z samolotu o jego przyjaciolce, która wyjechala na wakacje na Dominikane i tak zakochala się w instruktorze tanca marengue, ze do dzis tam zostala. – Dziekuje bardzo. Pomyslalam. - Co to za zycie, codziennie ubierac się w bikini i zmieniac tylko klapki do koloru stroju kapielowego. – Szalona! Zakwaterowalismy się w centrum miasta w posadzie. Czyste pokoje z lazienkami i oczywiście rum na powitanie. Santa Elena to male miasteczko ok. 11 tys mieszkancow. To miasto zalozone przez poszukiwaczy zlota i diamentow, które wciąż się tu wydobywa. Legalne i nielegalne kopalnie wycinaja lasy, podmywaja zbocze w poszukiwaniu kurszca, zanieczyszczaja rzeki. Opuszczaja to miejsce i szukaja nastepnego. Czas zdaje się tu zatrzymal. Po ulicach powoli jezdza muzealne obiekty samochodow z lat siedemdziesiatych, ludzie leniwie siedza przed panaderia i popijaja kawe, na straganie ulicznym mloda dziewczyna siedzi na stoleczku i karmi dziecko piersia, roznosi się zapach grilla i glosna muzyka majaca zachecic klientow do kupna pirackich CD. Po poludniu nasz kierowca – ten sam na którego wpadlam po wyladowaniu – zawiozl nas na bazar w przygranicznym miasteczku w Brazylii. Po drodze rozmawialysmy z dziewczynami czy wziąć osobistych tragarzy na Roraime czy same będziemy niesc nasze bagaze. – Co sadzisz Edyta? Zapytaly. – Ja mysle dziewczyny, ze jak wszyscy faceci wygladaja tu jak ten kierowca to ja biore osobistego tragarza! Rozesmialy się i uznaly to, za dobry zart. Zakupilam hamak i maczete (dlugo nie znajdujace swego przeznaczenia u mnie w domu w Polsce). Sergio dorwal gitare, usiadl w sklepie na dywanach i zaczal sobie spiewac. Zwabiła mnie melodia i jego głos, więc się dosiadłam. Potem szwędalismy się po bazarze popijajac Campirinie. – Sluchaj, wlasciwie to jak tanczy się to marengue? Zapytalam. Zostałam wiec zaproszona do nocnego klubu, żeby tanczyc marengue. Taniec prosty, kobieta wachluje biodrami na boki w rytm bioder partnera. A trzeba przyznac, ze Sergio jest bardzo elastyczny, wiec tanczylo mi się z nim naprawde lekko. Nie chcial uwierzyc, ze nigdy wczesniej nie tanczylam marengue. Rozmawialo nam się bardzo dobrze, jak typowa kobieta mialam wrazenie ze w koncu mezczyzna mnie rozumie i slucha. Wcale nie zauwazylam, ze znajomosc angielskiego Sergia była raczej na podstawowym poziomie. Przed pożegnaniem Sergio zapytał czy chciałabym żeby poszedł ze mną na Roraimę. Tak jakos powiedzialo mi się: jasne ze tak!

RORAIMA

Z rana szybkie decyzje i babskie rozterki co tu zapakowac do plecaka na 6 dni a co zostawić w hotelu. – Ona nie zartowala! Szepnela jedna z kolezanek wskazujac ruchem glowy na Sergia czekajacego przed jeepem. Pojechalismy przez wzgorza Gran Sabany do wioski indianskiej Paraitepui a stamtąd piesza wędrówka przez Gran Sabanę około 4 godzin żeby dojść do pierwszego obozu. Wzgorza Gran Sabany porosniete sa trawami, maja srednio po 1000m wysokosci, faluja bez konca, w dolinach gdzie zbiera się woda wyrasta las palm moriche. W tle wyrastaja zaslony plaskowyzy – tepuy, najstarsze formy skalne na naszej planecie. Te najwyzsze to Roraima i Kukenan 2800 m wys. Ten region to krolestwo wodospadow i naturalnych basenow. W porze suchej - doskonale miejsce na relaks w naturalnych jacuzzi uformowanych w zaglebieniach skal przez które plynie rzeka, picnik pod wodospadem. Trekking w tym czasie jest bardzo meczacy. Maszerujac po otwartej przestrzeni slonce daje się we znaki, teskni się za wiatrem. Droga pnie się to w gore to w dol. Czasem wydaje się, ze już blisko do Roraimy, a za chwile znika ona z pola widzenia. Wystartowaliśmy razem grupą, po jakiejś godzinie każdy już szedł samotnie, własnym tempem. Mijaliśmy rzeki z oczkami wodnymi, w których z przyjemnoscia bralo sie kapiel. Rozbiliśmy namioty nad rzeką Rio Tek na czubku wzniesienia, wokół nas rozpościerała się panorama na tepui Kukenan i Roraimę. Kapiel w lodowatej rzece, babelkujaca frajda siadania na stopniach skalnych spychania przez nurt rzeki. Zupelnie nowe doswiadczenie w grupie. W przewazajacej wiekszosci mezczyzn od pierwszego dnia pobytu traktowana bylam przez wybrane koleczko wzajemnej adoracji jak prawdziwa dama. Tymczasem pojawil się intruz w grupie i nagle przemili dzentelmeni przeistoczyli się w dokuczliwe, sarkazmem burczace bestie. Jakbym ogladala program podgladajacy zycie stadne dzikich zwierzat.Nastepny dzień był bardzo wyczerpujący głównie z powodu upału. Przeszliśmy płaskowyż, patrzac wstecz za nami chmury przeslanialy oddalone gabki wzgorz Gran Sabany. Rozpoczelismy podejście do podstawy Roraimy. Podczas gdy my nieśliśmy małe plecaczki z podręcznymi rzeczami nasi tragarze mieli na plecach około 20 kg spiżarni w koszach wiklinowych wypchanych po brzegi a na czubku jeszcze pudlo z jajami. Gotowali dla nas bardzo smacznie, nie jakies tam puszki tylko wszystko świeże i przygotowywane od podstaw. Naszego przewodnika Alexa nazwalam mayor domusem. Facet prowadził wycieczkę, robił za tragarza, gotował, zarządzał resztą pracowników, przy tym bardzo miły, rozmowny człowiek z ogromnym spokojem ducha. Byliśmy już w chmurach. Temperatura robila sie swojska. Drugi obóz rozbiliśmy na ok. 2000 m pod ścianą Roraimy. Coz za luksus – kto ma na codzien okno na Roraime spowitą w obłoczkach. Spogladalam na stroma rampe skalna, która jest jedyna droga na czubek tej gory. Stopy miałam zniszczone do reszty. Połączenie nabukowych butów trekkingowych z oddychającą skarpetą to nie był dobry pomysł w tym klimacie. Oczywiście zasypki do stop Scholla nie zabrałam ze sobą, bo zajełaby mi wiecej miejsca w plecaku niż kolejna bluzka maskująca typu explore jungle. Zeszliśmy nad rzeczke z lodowatym oczkiem wodnym. Zanurzyłam się po szyję z ekstazą na twarzy ku niedowierzaniu Sergia dygocącego z zimna na brzegu. - Ice woman! Wycedzil przez zeby.

Kolejny i ostatni dzień wspinaczki był najtrudniejszy. Mieliśmy przejść stromą rampą skalną wzdłuż boku Roraimy, aby dostać się na szczyt. Droga składała się głównie z ogromnych głazów na które trzeba było nieźle zadzierać nogi. Za to był przyjemny chłodek wsród tropikalnej roślinności porastajacej rampę. Pod koniec wędrówki temperatura znacząco się obniżyła, było wilgotno i trochę padało. Szliśmy spadajacymi strumieniami zrodel gorskich po skałach, poprzez chmury nic w dole już nie było widać. Przed nami zaczęły wyłaniać się przedziwne i troche przerazliwe formy skalne, zupełnie inna roślinność, rozpadliny skalne powodowały, że trzeba było uważnie patrzeć pod nogi. Zorientowaliśmy się z Sergiem, że narzucilismy za szybkie tempo, więc wygłodniali i zmarznięci długo jeszcze czekaliśmy na resztę grupy i przewodnika.

Obóz tzw El Hotel to blok skalny z płytkimi jaskiniami. Tam rozbiliśmy namioty. Mój namiot znajdował się pomiędzy dwoma namiotami Brazylijczyków, którzy nawoływali się nawzajem ze środka i nie podobał im się mój pomysł, żeby sobie poszli pogadac za skałę. Jak się pozniej okazalo ten narod jak i wenezuelski generalnie jest krzykliwy. Pogoda na szczycie jest zmienna, pada i jest chłodno, za chwilę wychodzi słońce i robi się gorąco. W planie mielismy calodniowa eksploracje Roraimy. Zagryzłam zęby, bo pęcherze na stopach utrudniały mi chodzenie i zabrałam się z pozostałymi. Krajobraz jest iscie kosmiczny, czulam się jak na innej planecie. Calkowita cisza, konca tej gory nie widac. Naprawde podziwialismy naszego przewodnika za orientacje w terenie. Nie jest możliwe wybranie się samemu na ta gore. Istnieje duze prawdopodobienstwo, ze nigdy się z niej nie wroci. Podeszlismy do krawedzi Roraimy a pod nia geste, mleczne chmury. Mijalismy szerokie przepascie w glab popekanej ziemi, gdzie indziej wylonily sciany skalne formujace dziwne postacie, bagniste rozlewiska porosniete kaktusowata roslinnoscia, dolina kryształowa cała usiana na biało kryształami. Najciekawsze było jezioro w głebi ziemi do którego można było się dostać tylko przesuwajac się po stromych scianach skał, przechodząc po drzewie, aby wreszcie zejsc szczeliną do pieczary. Do jeziora spada wodospad, wspaniale było stanąć pod takim prysznicem. Tyle emocji, ze zapomnialam o towarzyszacym mi bolu stop. Rankiem rozpoczęliśmy schodzenie z Roraimy. Przed nami caly dzien wedrowki. Ta sama droga w dół, po blokach skalnych i strumieniach. W porze lunchu dotarliśmy do II campu. Dopadł nas deszcz, postalismy chwile w szopie ale chec zejscia w dol i zakonczenia wedrowki była silniejsza. Po oddaleniu się od Roraimy krajobraz znow się zmienil, upał na Gran Sabanie. Szlam sama, czasem gdzies w oddali widzialam kogos z grupy, co pozwalalo mi odczuc, ze ide dobra droga. Do tego co jakis czas Sergio zostawial mi na drodze butelke z woda. To znak, ze czekal gdzies w poblizu, az do niego dojde swoim tempem. W pewnym momencie przezwycieza się zmeczenie, narzuca się pewien rytm i idzie byle do przodu. Wolalam nie zatrzymywac się i nie siadac, z obawy, ze nie wstane.Moje kolana były zniszczone od wieloletnich treningow jazdy konnej w skokach. Ogromna ulge przynosilo po prostu zanurzanie się w rzece we wszystkim w czym szlam i dalej ociekajaca woda kontynuowalam marsz. To niesamowite jak mysli staja sie przejrzyste, wreszcie slyszalam sama siebie, to dziwnie nieznane uczucie. Poznym popoludniem zobaczylam przed soba I oboz. Nastepnego ranka ostatni marsz do wioski indianskiej, gdzie już czekaly na nas jeepy i pyszny lunch. Nie moglam uwierzyc, ze naprawde doszłam, ze pokonalam ten dystans i niedogodnosci. To była ogromna satysfakcja.

Po powrocie do hotelu szybkie decyzje. Grupa jechala dalej nocnym autobusem w delte Orinoco. Mialam dosc tej wloczegi. Marzyl mi się tropikalny drink pod palma. Zdecydowałam, że rano odlaczam się od grupy i lapie samolot gdzies na plaze. Pozostaly 2 godziny do odjazdu autobusu. Sergio musial w ciagu tego czasu przeorganizowac swoje plany na najblizszy tydzien, żeby do mnie dolączyc. Usiadłam w przydroznej knajpie rozkoszujac się brakiem planu. Po raz pierwszy w zyciu zero planu, po prostu gdzies tam dojade. Kierowca nocnego autobusu do Puerto Ordaz jechal jak szalony, rzucalo nas od prawej od lewej i odwrotnie, ciezko było się zdrzemnac. Do tego klima na full, przewalajace sie po polkach drewniane laski wystrugane przez Indian – pamiatka z Roraimy. Szarym switem wysiedlismy na wybetonowanej stacji autobusowej. – Musimy przeczekac do switu i otwarcia lotniska. Chodzenie po ulicach o tej godzinie jest malo bezpieczne. Skwitowal Sergio.

MARGARITA

Wyspa Margarita – jak dla mnie to raj. Aleja kokosowa wzdluz plazy, wszystko emanuje erotyzmem i swiezoscia tropikalnych drinkow, gorace brazylijskie rytmy bebnow na plazy, tu wszyscy glosno sluchaja muzyki. Urocze bary pokryte strzecha z palmy, wieczorem tance salsa i marengue. Nocne zycie Playa El Agua bardzo przypadło mi do gustu.

PLAYA COLORADA

Po trzech dniach lenistwa na Margaricie wsiedlismy na ogromny Titanic w kierunku Puerto la Cruz. 4 godziny uplynely bardzo sympatycznie. Siedzielismy na zewnatrz obserwujac akrobackie popisy delfinow i grajac w domino. W malenkiej, spokojnej wiosce turystycznej – Playa Colorada niestety nie serwowali mojej ulubionej campirini – bialego rumu z lodem, sokiem lemonki i cukrem z trzciny cukrowej. Ten region to park narodowy Mochima. Rano poplynelismy z rybakami na malenka, bezludna wysepke, gdzie spedzilismy polowe dnia na snorkellingu po rafach koralowych. Na innej wysepce zatrzymalismy sia grillowanego miecznika. Pejzaz urozmaicala kolonia iguan, które chodzily pomiedzy stolikami. Nie odwazylam sie jednak poglaskac takiego kotka.

Nastepnego dnia wybralismy się na wyspe pelikanow. Cale kolonie tych ptakow jak strzaly wpadaja pionowo dziobem do wody polujac na ryby. Pierwszy raz w zyciu zobaczylam zywa osmiornice w jej naturalnym srodowisku i sama wylowilam ogromna muszle. (przez która cuchnely wszystkie moje rzeczy w plecaku!)

Ostatni dzien – Puerto La Cruz. Eleganckie miaste z nowoczesnym shoping centre – ulubionym miejscem spedzania czasu przez rodziny wenezuelskie. Zatoka z jachtami i pieknymi willami na wodzie. Pasaz handlowy przy plazy z palmami kokosowymi, stragany z koralikami i wyrobami darow morza karaibskiego. Caly wieczor wyglupialismy się, do bolu brzucha. Zupelnie nie było mi przykro, ze nastepnego dnia ja lece do Caracas a Sergio do Ciudad Bolivar, kazde w strone swojego domu. Coś mi mówiło, że jeszcze się spotkamy...

Copyright © 2009- 2017r. Venezuela Explorer Kama CA. All rights reserved.
Todos los derechos reservados Rif:j-31358493-2
Agencia de viajes registrada en Venezuela, especializada en tures de aventura en
todo el país & eco-Lodge.
Dueños: Sergio Yrigoyen & Edita Michalak
Design: Koker Szpaner, CENTIB.COM